Najnowsze Wpisy

slyszananaa Komentarze (0)
29. stycznia 2009 22:21:00
linkologia.pl spis.pl

Obudził się z narastającym bólem głowy i ze zdziwieniem stwierdził, że znajduje się w swoim mieszkaniu. Ostatnio coraz rzadziej mu się zdarzało, że upojony alkoholem poprzedniego dnia w jednym z nocnych barów, miał jeszcze tyle sił, aby tutaj wrócić. Zaczął się kolejny dzień, który z pewnością zakończy się tak samo, jak wiele poprzednich.
Sięgnął do stojącej na stole butelki alkoholu. Na etykiecie tańczyła młoda dziewczyna w stroju toples i ten obrazek poprawił mu poranne samopoczucie. Pociągnął spory łyk i życie rozbudziło się w nim na nowo.
Przejrzał poranną nadesłaną pocztę w komputerze, ale nie znalazł wśród niej nic ciekawego, po za przypomnieniami o zaległych rachunkach i niechciany spam.
Od kiedy 3 lata temu wyrzucili go z Naukowej Agencji Informatycznej i odebrali mu poprzednią tożsamość, nie mógł się pozbierać. Musiał zaczynać wszystko od nowa, co było już ponad jego siły i przez to miał poważne problemy, ze znalezieniem nowej atrakcyjnej pracy. Nie mając nazwiska, ani niczego na poparcie tego, że jest dobry, wiódł nieciekawe życie. Tylko sieć, dopuszczała go do siebie i wyznaczała mu niewielki skrawek gruntu, w którym mógł się swobodnie poruszać. I tylko dlatego, że swojego czasu otworzył sobie w tym celu odpowiednie drzwi o których nikt nie wiedział.
Od wielu miesięcy zajmował się „naprawą starego sprzętu elektronicznego”. Nie była to zbyt zajmująca i interesująca praca, choć od czasu do czasu trafiał się klient, który płacił dużo za pomoc w uporaniu się z niespodziewaną awarią. To jednak i tak była kropla w morzu jego potrzeb.
Niestety jego status użytkownika był określony jako „osobnik niskiej akceptacji społeczeństwa” Wszystko z tego powodu, że nie opłacał od wielu miesięcy swojego komercyjnego konta.
I dlatego, aby dodatkowo zachęcić klientów dopisał przy swojej ofercie, że zajmuje się sprzętem w stanie skrajnego rozpadu. Nie był tanim specjalistą, ale dzięki temu stawał się wiarygodny i mógł liczyć na klientów z wyższych sfer. Stare telewizory, komputery i aparaty cyfrowe, wciąż miały grono swoich wielbicieli, którzy nie żałowali pieniędzy, na kosztowną naprawę.
Czerwona lampka dołożona przez administratora usług, nie zachęcała nikogo do zawierania z nim umów. I przeważnie zwracano się do niego wtedy, gdy inni już bezradnie rozkładali ręce. Uważany był często za oszusta, któremu chodzi głównie o wyłudzenie pieniędzy, przez co miał niewielu klientów, którzy odważali się jeszcze mu zaufać.
Całe szczęście, że miał jeszcze duże mieszkanie, kupione za spore pieniądze 10 lat temu. W zasadzie była to wielka sala, na piętrze dawnego, nieczynnego już supermarketu, gdzie teraz mieścił się parking. Ozdobione donicami różaneczników, było jego jedyną ostoją spokoju w tym zwariowanym świecie.
Z przepychu, w którym żył, zostawił sobie tylko dwa ścienne obrazy. Jeden z portretem pięknej kobiety a drugi przedstawiający krajobraz obcej planety. Były tutaj, gdy się wprowadzał, jak gdyby zapomniane i porzucone przez poprzedniego właściciela. Spoglądając na nie, zawsze miał wrażenie, że za każdym razem są inne. Wprawiały go w zadumę i zastanowienie, nad ich historią i nieznanym autorem podpisanym inicjałami J.G.
Resztę swojego dorobku, która i tak nie była mu już do niczego potrzebna, stopniowo zamieniał na gotówkę, pozwalającą mu wypełnić dziurę w dochodach.
Z dobrych czasów pozostał mu jeszcze tylko komercyjny płatny e-mail, który wiele dla niego znaczył. I który może wkrótce stracić, jeżeli skądś nie otrzyma większej gotówki. Człowiek bez adresu w sieci był już naprawdę nikim.
Na dodatek od miesiąca prześladował go pech. Nikt nie chciał go zatrudnić i przegrywał wszystkie licytacje usług. Jak gdyby wszyscy się zmówili i wykreślili go ze swojego rejestru. Ta bezczynność coraz bardziej pogrążała go w apatii i w zniechęceniu.
Lekarstwem na to była kolejna butelka alkoholu, popijana wodą z kranu. Całe szczęście, że przysługiwała mu jeszcze tabletka racji żywnościowej, którą otrzymywał w punkcie pomocy społecznej. Było to właściwie miejsce kontrolujące ludzi. Czy też nałóg i bezradność w którą popadli, nie zdegenerował jeszcze całkowicie ich wiedzy. Przecież mogli się jeszcze kiedyś przydać. Społeczeństwo dbało o takich jak on i nie pozwalało im przynajmniej cierpieć głodu, pomagając zachować resztkę godności.
To, że kiedyś było się kimś, nie miało żadnego znaczenia. Dzisiaj nawet, jeżeli było się na szczycie, jutro można było być już nikim. I często miały miejsce sytuacje, w których wczorajszy Prezes Banku, nagle stawał w kolejce po godność.
Po cichu politycy nadal wiązali nadzieję z ludźmi, którzy posiadali wiedzę, doświadczenie, ale z różnych przyczyn upadli. Tak jak on, któremu nagle świat się zawalił z przyczyn nie do końca dla niego zrozumiałych. I mimo, że czuł niesprawiedliwość losu i rękę pana G nie czuł się na siłach aby ten proces powstrzymać. Tracąc pracę, stracił wszystkich swoich bliskich przyjaciół. Zresztą ludzie ich już nie szukali z nikim nie wiązali i trudno było powiedzieć kim teraz był przyjaciel. Ci, którzy byli wysoko w hierarchii społecznej, starali się żyć wyłącznie dla siebie.
Wydawało mu się, że status, który mu nadano, był wentylem bezpieczeństwa. Wielu takich jak on doskonałych ekspertów rożnych dziedzin nauki i wiedzy, wiodło nie najlepszy byt, lecz okazywali się bezcenni w chwilach wielkiego kryzysu. Takiego chociażby jak 15 lat temu, kiedy to 35 ludzi określanych statusem 6, czyli niepotrzebnych, ocaliło cywilizację przed uderzeniem w Ziemię planetoidy. Świat potrzebował ludzi, po których można było jednorazowo sięgnąć a potem zostawiano ich ponownie na pastwę losu.
Do niego jeszcze nikt nie zwrócił się o pomoc, chociaż znał się na sieci i komputerach jak nikt inny. Czasami oczekiwał wręcz na wielki kryzys, kiedy jego pomoc okazała by się nie do zastąpienia. Obiecał sobie, że wtedy wystawi światu wysoki rachunek.
Gdy komputer odezwał się charakterystycznym sygnałem, mówiącym o tym, że ktoś wszedł na jego płatny adres, nie zrobiło to na nim wrażenia. Odwrócił się od obrazu wiszącego na ścianie, którym się chwile kontemplował i z nadzieją spojrzał na ekran.
Nie było to jednak to, na co czekał. Gościem okazał się zupełnie ktoś inny, nie mający obowiązku płacić nawet na płatnych adresach.
Zobaczył twarz automatycznego programu bankowego. Bardzo uprzejme holo, dbające o interesy banku w imieniu swoich ludzkich szefów. Tym razem nie uniknie z nim rozmowy i nie będzie to miła pogawędka.
-Pan Corman?
-Tak?
-Jestem automatycznym programem kontrolnym, sprawdzającym zaległości płatnicze w naszym banku. Dotąd nie miałem możliwości przekazać ważnych informacji o stanie pańskiego konta. Tym niemniej się cieszę, że będę mógł teraz swój obowiązek wobec mojego klienta wypełnić.- wygłosił formułkę
-Tylko szybko. Nie mam czasu na stratę dodatkowych minut dostępu.
-Stan konta jest minusowy. W tej chwili korzysta pan z ograniczonego kredytu bankowego, który powinien być spłacany już od miesiąca czasu. Jednak nie przystąpił pan do tego obowiązku i jestem zmuszony przekazać decyzje, które zostały podjęte.
-Tak?
-W ciągu 48 godzin musi zostać uregulowana połowa należności wynoszących 15300 dolarów i 43 centy. Jeżeli pan tego nie uczyni, zajęte zostanie mieszkanie z całym dobytkiem. Gdy wartość mienia przekroczy wartość długu, reszta zostanie zwrócona w obowiązującej walucie. Czy przyjął pan do wiadomości?
Miał zatem kłopoty i to duże. Dopadli go wcześniej niż się tego spodziewał.
- Odwal się.
-Dziękuję za wysłuchanie i zapraszam do dalszego korzystania z ofert naszego banku…
-Pocałuj mnie gdzieś!- zawołał i zakończył połączenie.
Holo oczywiście nie zareagowało na jego obelgi, będąc pozbawione możliwości obrażenia się na klientów banku.
Zostanie więc bezdomnym za dwa dni i dokąd wtedy pójdzie? Nie miał żadnego konkretnego pomysłu, co z sobą zrobić, jak dalej pokierować swoim życiem.
Skąd tak szybko sobie o nim przypomniano? O ile dobrze wiedział takimi jak on zajmowali się dopiero, gdy długi przekraczały 50 tysięcy. Nie ukrył swego konta w banku zbyt dobrze przekonany, że zabezpieczenia, które uaktywnił wystarczą. Obiecywał sobie, że gdy będzie dostatecznie trzeźwy włamie się do serwera zarządzającego i ukryje tak swoje konto, aby nawet 100 tysięczny dług nie zaniepokoił robota bankowego. Teraz już jednak było za późno. Cholerny świat.
Pociągnął z butelki spory łyk a piękna blondynka na etykiecie wydała z siebie krzyk rozkoszy. Nie miał w głowie żadnego nowego pomysłu na siebie i swoje życie. Może sprzedać to, co jeszcze miał cennego, czyli swoje ciało? Zapłacą mu z 50 tysięcy, a może i więcej, co zależało od tego w jakim stanie jest teraz jego wątroba i czy zdoła ukryć swój pociąg do alkoholu. Wszczepią mu na pożegnanie w skórę chip wysyłający informację o miejscu jego pobytu i mógłby pobrać gotówkę w najbliższym banku. Od tej chwili będzie śledzony przez okrągłą dobę. I gdyby mu się coś nieszczęśliwego przytrafiło w ciągu kilku minut zjawią się grabarze, którzy z miłą chęcią przyspieszą śmierć jego mózgu. Znał takich doskonale. Złamiesz sobie nogę, to złamią ci obie ręce i stwierdzą, że twoje ubezpieczenie nie pokryje już kosztów leczenia. Wtedy dają ci zastrzyk i odpływasz…Może obudzisz się jeszcze na minutę zanim ciebie pokroją, żeby wypowiedzieć ostatnie życzenie. Nie…Tak nie skończy, prędzej rzuci się z mostu na autostradę.
Na monitorze ponownie pojawiło się kolejne wezwanie. Czyżby następny wierzyciel? Pal go licho, tak się stąd wkrótce wyniesie. Zobaczył, że opłacił 10 minutową rozmowę wartą 25 dolarów. Czyżby pogrążony w stresie gotowy do samobójstwa biznesmen z powodu awarii swojej ukochanej mechanicznej kochanki? Takich lubił najbardziej. Mógł wtedy tak nimi lawirować, że płacili każdą kwotę, którą od nich zażądał. Bogaci ludzie byli gotowi na wszystko, byle by tylko ich świat wrócił do normalności. Było to jednak bardzo niebezpieczne i właśnie podobny incydent zaważył na całym jego życiu. Drugi raz byłby już jednak dużo bardziej ostrożny.
Usiadł od niechcenia przy klawiaturze i podjął rozmowę z nieznajomym.
-Jakiś poważny problem? Nie przyjmuje zaproszenia na żadną licytację usług. - powiedział swoje standardowe zdanie powitalne, chociaż niezbyt uprzejme.
Jego gość nie ukazał swojej twarzy, co nie było wymagane. Rozmówca zawsze mógł zachować pełną anonimowość i nie miał prawa domagać się tego i w tym przypadku, do chwili sfinalizowania umowy.
-Witaj. Tak, mam problem i myślę, że możesz mi pomóc go rozwiązać.
-W końcu jestem od rozwiązywania problemów. Musisz być w nielichych kłopotach, że zwracasz się do mnie. Masz odpowiednią gotówkę? Nie pomagam za darmo. Stare przedmioty mają swoją cenę. Wiesz jednak, że mój status nie jest wysoki, więc zastanów się dobrze zanim zlecisz mi usługę. Kupiłeś złom na wyprzedaży i chcesz by zadziałał? Jeżeli tak, to trafiłeś pod właściwy adres.
Usłyszał w głośniku cichy śmiech.
-Dobrze, że wysoko się cenisz. Nie obchodzi mnie to, kim jesteś teraz tak bardzo jak wiedza o tym kim byłeś kiedyś. Byłeś kimś, kto miał poważanie w branży. Pamiętasz to jeszcze? To przykre, że stoczyłeś się na takie dno.
To było coś nowego. Od trzech lat występował pod innym nazwiskiem i poprzednie zostało wymazane z jego rejestru. Skąd więc ten nieznajomy dowiedział się o tym kim był kiedyś? Istniejące jeszcze dane na ten temat były ściśle zastrzeżone i niedostępne w żadnej bazie danych.
-Znasz moją poprzednią tożsamość?
-Znam, ale nie pytaj skąd.
-Dobrze, ale i tak nie licz na moją większą przychylność i złagodzenie warunków umowy, które przedstawię.
I nie trać forsy, mów w czym rzecz, lub daj mi święty spokój. Gówno Cię to obchodzi, kim byłem i kim jestem.
-Znasz się na komputerach lepiej niż inni, więc może mi pomożesz. Jestem chory i potrzebuję odpowiedniej terapii i nie mam specjalnego wyboru.
-Nie jestem lekarzem.
-A ja zwyczajnym człowiekiem. Jestem klonem.
-O kurwa…Mówisz o tym na otwartej linii.
-To nie ma znaczenia, gdyż niedługo i tak pewnie umrę. Wiesz, na co chorowały wszystkie klony? I dlaczego zamknięto program?
Kontynuowanie tej rozmowy było dla niego bardzo niebezpieczne. Kto wie, kto ich teraz słuchał. Mimo to niezwykłość sprawy stłumiła jego ostrożność i podjął ryzyko.
-Wiem, że chorowały na progerię.
-No właśnie. I to mój problem, z którym zwracam się do Ciebie.
-Niby w czym mam ci pomóc? W szybszym odejściu na tamten świat?
-To jeszcze może poczekać. Musze znaleźć kogoś, kto wie, jak mogę się wyleczyć. Na razie zażywam specjalny lek, który zatrzymał chorobę, ale mam go nie wiele. Jeżeli mi się skończy zacznę się starzeć 20 razy szybciej niż normalny człowiek. Wiesz, co to oznacza?
-Tak, ale nie wiem, w czym mogę ci pomóc. Nie jestem detektywem.
-Znasz sieć a przynajmniej znałeś, gdy nie piłeś i pracowałeś w firmie i wiem, że możesz mi pomóc. Chcę odnaleźć twórcę szczepionki, który podobno nie żyje, choć ja uważam, że tylko zaginął. Dzięki niemu mogę przeżyć swoje życie jak normalny człowiek.
-Nie masz bliższych przyjaciół?
-A ty masz coś lepszego do roboty?
-Powinienem Twoją obecność zgłosić na policji, za co hojnie mnie wynagrodzą! Jak się potarguję, to może umorzą cały mój dług. Jesteś cenny jeżeli mówisz teraz prawdę i namierzą Cię bardzo szybko o ile już tego nie robią. Wiele ryzykujesz zwracając się do mnie w ten sposób.
- Mam nadzieję, że linia jest czysta. Sprawdziłem wszystko osobiście pod względem bezpieczeństwa, chociaż nie mam do końca pewności. Myślę jednak, że nikt już nie zajmuje alkoholikami i ludźmi stoczonymi na samo dno. Po za tym trochę wiem o tobie i ta wiedza pozwala mi sądzić, że mnie nie wydasz. Masz swoje zasady, które nie popłynęły na dno z alkoholem.
-Dziękuję za zaszeregowanie mnie do zaszczytnej kategorii. Nie pomagasz mi w podjęciu decyzji.
-Może forsa Ci pomoże. Otrzymasz ode mnie 100 tysięcy kredytów, jeżeli pomożesz mi odkryć prawdę.
Czuł, że nie wszystko tutaj jest jasne i nie powinien nie mając zupełnie jasnego umysłu, podejmować żadnych decyzji. Ale czy pamiętał siebie bez alkoholu we krwi? I na pewno zarobienie tych pieniędzy, nie będzie łatwe i przyjemne. Rany…Już od dawna nie marzył o połowie tej kwoty na swoim koncie, która może czasowo rozwiązać wszystkie jego problemy. To otwarłoby mu nowe drzwi i miałby okazję rozprawić się z panem G.
-Niech ci będzie, co mi tam. Przyjdź do mnie i jeżeli po dwóch godzinach nie zgarną nas, może oboje coś wymyślimy.
-Ok. Wiedziałem, że mnie nie zawiedziesz. Nie pożałujesz tego.
-Już żałuję, wiesz?
Rozmowa przyniosła mu 25 kredytów, które wpłynęły na jego konto. W sam raz na dobrą wódkę i opłacenie taniej dziwki. Wziął do ręki butelkę i wypił do końca, aby rozjaśnić bardziej swój umysł. Gdy odkładał ją na stół dziewczyny na etykiecie ubrały się i zaczęły śpiewać marsza żałobnego. Dojrzał w kącie pokoju kosz i rzucił w jego stronę butelką.
Pomyślał, że szykują się chyba ciężkie dla niego chwile. Czy naprawdę wiedział, w co się pakował? Nie był tego tak bardzo pewien i bał się konsekwencji, które mogą z tego wyniknąć. Może jednak warto, ten jeszcze jeden raz postawić na szale swoje życie? Często pakował się w kłopoty, tylko przeważnie miał szczęście i potrafił z nich wybrnąć obronną ręką.
Tak było do czasu, do feralnego spotkania z panem G. Tamten pozbawił go wszelkich złudzeń, co do tego, że może wszystko.. Ale to już odległa historia.

Musiał przysnąć, gdyż obudził go dzwonek do drzwi. Coraz częściej mu się zdarzało zasnąć po porannym klinie. Chyba się starzał, gdyż z jego kondycją było coraz gorzej.
Z przymrużonymi oczami dał sygnał pilotem i stanęły otworem. W wejściu zobaczył młodego, grubego i wysokiego mężczyznę, który nie grzeszył męską urodą.
Podali sobie dłonie na powitanie i wymienili ciepłe spojrzenie.
-Dzień dobry. Nazywam się …Zresztą czy to ważne?
Rozpoznał go po głosie. To był facet z komputera.
-Na razie nie muszę znać twojego nazwiska.
Mężczyzna rozejrzał się uważnie i widać było, że dziwi go ta wielka pusta przestrzeń wokół.
-Nie wygląda tu najlepiej.
-Moja działka, nie musisz tu mieszkać. Zamknij drzwi i rozgość się.
Poszukał wzrokiem jeszcze jednej pełnej butelki. Znalazł ja w końcu wciśniętą w fotel, na którym rozsiadł się jego gość.. Na etykiecie seksowna blondynka zaczęła tańczyć i rozbierać swoje ponętne ciało.
-Napijesz się ze mną?
-Dziękuję, ale nie piję takiego alkoholu. I mam nadzieję, że masz na tyle jasny umysł, że wszystko co ci powiem doskonale zrozumiesz.
Zrobił krótka pauzę, jak gdyby oczekując konkretnej odpowiedzi, obserwując jak Deyf przechyla butelkę i wtłacza w siebie spory łyk.
-Nie zamierzasz z tym skończyć? Powiedz, śpisz więcej i coraz więcej pijesz? Jesteś na dobrej drodze do to szybkiego odlotu w zaświaty. Nie wiesz nawet, co pakują do tych butelek z filmikami na etykietach.
-Jeżeli chcesz bym przestał pić, to pomyliłeś adres. Jestem nałogowym alkoholikiem i nic na to nie poradzisz. Zresztą, co to ciebie obchodzi?! Bądź pewien, że gdy zajmę się tą sprawą, postaram się nie nadużywać alkoholu.
-Od tej chwili wszystko mnie obchodzi, co robisz, bo masz mi pomóc przeżyć. Jeżeli przyjmiesz moje zlecenie spowoduję, że przestaniesz pić i to w ciągu jednej doby. I tak zbyt wiele ryzykuję, zdając się na kogoś takiego jak Ty.
Słyszał o takich jak on, mających dostęp do wszystkich zakazanych wynalazków, których nigdy nie dopuszczono do masowej produkcji. Potrafili dać Ci niebo, ale zarazem uzależnić od czegoś naprawdę paskudnego.
-Nie prosiłem się o to.
-Dobra…Mogę zacząć? Może zapalisz?- wyciągnął w jego stronę złotą papierośnicę. Już dawno nie palił dobrego papierosa, dlatego tym bardziej chętnie sięgnął po niego.
-Reviny? Co to za marka? Nigdy wcześniej takich nie spotkałem?- zapytał spoglądając na wydrukowany napis na papierosie.
-Nie są szeroko dostępne. To limitowana seria.
Przyjemny zapach rozniósł się dookoła wyostrzając jego uwagę.
-Więc mów.
-Wiesz już, na co choruje i to, że zamierzam doczekać naturalnej starości.. Wiem, że moja jedyną szansą jest specjalna szczepionka, którą wynalazł genetyk Allan Torman. Niestety po opublikowaniu przez niego wyników badań podobno go zabito. Osobiście sądzę, że uciekł lub został porwany, lecz zanim do tego doszło, ukrył gdzieś materiały dotyczące swoich badań.. Szukają ich największe korporacje na świecie. Doprowadzono nawet do tego, że zabito wszystkie żyjące jeszcze klony w laboratoriach. Można powiedzieć, że jestem jednym z ostatnich, które przetrwały.
Dym rozszedł się w nim jak działka marihuany, ale spowodował odmienny efekt. Jego umysł rozjaśnił się i zaczął dużo intensywniej pracować.
-Dlaczego wcześniej nie zachorowałeś? O ile wiem program wstrzymano 10 lat temu? A tego, że istnieje szczepionka, nigdy oficjalnie nie potwierdzono.
-To prawda. Przeżyłem już 35 lat i podejrzewam, że właśnie na mnie zastosowano pewną dawkę leku, który istniał już od bardzo dawna i był wykorzystywany w tajemnicy przed wszystkimi. Moja przeszłość, nie jest całkiem dla mnie jasna. Ze swojego dzieciństwa, jeżeli takie miałem pamiętam jedynie szczątki wydarzeń i powiedziano mi, że przeżyłem wtedy ciężki wypadek, w którym zginęli moi rodzice. Wcześniej się jednak głębiej nad tym nie zastanawiałem.
Dopiero 2 tygodnie temu dowiedziałem się, że nie jestem normalnym człowiekiem, tylko jego klonem. Wyobrażasz sobie, jaki przeżyłem szok? Byłem dotąd normalnym, dobrze sytuowanym obywatelem szanowanym przez społeczność. Naraz okazuje się, że jestem wyklętym pomiotem ludzkiej genetyki.
Otrzymałem list i pokierowano mnie w nim do szyfrowej skrytki w kosmoporcie Delta, gdzie znalazłem szczepionkę, która pozwoliła mi zatrzymać postępy choroby. Bez niej w ciągu kilku kolejnych dni zacząłbym odczuwać pierwsze objawy. Zresztą one i tak się już pojawiły, tylko ich nie rozpoznałem. Zacząłem niepostrzeżenie tyć i odczuwać inne nieprzyjemne dolegliwości, które szczepionka na szczęście powstrzymała.
Nie wiem kto jest adresatem listu, ale widocznie chce bym nadal żył. Może potajemnie obserwowano mnie przez wszystkie lata i sprawdzano jak sobie radzę.. Chciałbym się dowiedzieć, kim jest ten człowiek i jakie ma zamiary wobec mnie.
-Myślisz, że to sam Torman?
-Nie. Uważam że to ktoś zupełnie inny. Torman jeżeli swojego czasu pracował nad szczepionką, to na pewno nie robił tego sam. Może był częścią jakiegoś systemu, który chciał go wykorzystać do swoich celów. Z całą pewnością wszystkiego im nie mówił. Ale to tylko moje domysły i przemyślenia. Moja wiedza na ten temat, nie jest poparta żadnymi dowodami.
-To nie wiele nam mówi. Co wiesz jeszcze o sobie? I co było w liście?
-Jest tam wzmianka o tym, że moja sprawa wiąże się z miastem, które zwą IKEN. Słyszałeś o nim?
-IKEN? Tak, coś czytałem. To podobno miasto klonów i androidów. Mówi się, że ludzie tam nie mają wstępu a miasto jest ukryte w górach. Pewna grupa polityków uważa, że przygotowywany jest tam zamach stanu w celu przejęcia kontroli nad światem.. Klony, wraz z androidami. To trochę śmieszne i absurdalne, nie sądzisz? Istnienie IKEN nigdy nie zostało potwierdzone i nie wierzę w jego istnienie. Gdyby to była prawda, dawno zostało by namierzone przez satelity, gdziekolwiek by się na Ziemi znajdowało.
-Cała sprawa nie jest jednak taka prosta i wiąże się z czymś, o czym na pewno swojego czasu słyszałeś. Pamiętasz kilku polityków, którzy 7 lat temu chcieli przepchnąć ustawę o wolności dla androidów? Światło dzienne ujrzała tylko znacznie okrojona wersja. W pierwowzorze uwzględniano także klony i hola. Wiązało się to projektem kolonizacji Marsa, który forsował w rządzie minister nauki Jean Roud. To czego się obawiano to, bardzo wysokie koszty związane z zapewnieniem ludziom odpowiednich warunków do życia.. Politycy wymyślili sobie, że nie koniecznie pionierami kolonizacji Marsa muszą być ludzie, skoro androidy mogą cykl badań i budowę bazy kolonialnej wykonać precyzyjniej, szybciej i co najważniejsze taniej. Zarządzane miały być poprzez obecne wśród nich hola. Dodatkowo misje planowano wesprzeć zmodyfikowanymi genetycznie klonami, które potrzebowały do życia znacznie mniej tlenu i żywności. Były jednocześnie bardziej odporne na surowe warunki Marsjańskie. Realizacja projektu była już daleko zaawansowana, trzeba było jeszcze tylko dwóch rzeczy a mianowicie wystarczającej liczby zwolenników i czasu. Niestety Roud trafił na opór świata polityki i nauki, chociaż miał poparcie ówczesnego prezydenta Gilberta Rinksa. Stanęło na tym, że do parlamentu trafiła tylko okrojona wersja projektu. Nadążasz za tym co mówię?
-Ta. To bardzo interesujące. Mów dalej.
- Otóż sytuacja polityczna w owym czasie, jak wiesz była niezbyt pewna. Zbliżały się wybory a zwycięstwo ówczesnego prezydenta i objęcie przez niego stanowiska na drugą kadencję nie było wcale takie pewne. I dlatego, nie zdążył już przepchnąć głosowania w parlamencie. Jak wiesz potem wybory wygrał kto inny i planowanej kolonizacji Marsa ukręcono łeb. Nowy prezydent stwierdził, że ludzie nie są jeszcze do niej dostatecznie przygotowani i budzi ona wiele moralnych kontrowersji związanych z statusem androidów i klonów. Zażądał opracowania nowego planu podboju czerwonej planety powołując do tego specjalny zespół ekspertów. Wkrótce po tym klony zaczęły chorować na nieuleczalną progerię a większość hologramów wykasowano z sieci i drastycznie ograniczono produkcję androidów przemysłowych. Ślad po ważnych politykach też szybko zaginął i program masowego osadnictwa na Marsie został odłożony na bliżej nieokreśloną przyszłość.
-Komuś widocznie zależało na tym, aby to się nie powiodło. Sama myśl moim zdaniem nie była zła, jednak z góry skazana na porażkę. Od początku przecież, gdy naukowcy zaczęli pokazywać światu hologramy z IQ 150 budziło to kontrowersje czy należy powoływać do życia coś o tak dużej inteligencji. Androidy były konsekwencją tych odkryć a klony? No cóż pojawiły się przez nikogo nie zauważone. Sądzono dotąd, że nikt już się nimi nie zajmuje i że dawno ludzkość zrezygnowała z kopiowania samych siebie.. Ale to, co mówię teraz, jest powszechnie znane i dostępne. Ty masz wiedzę, która wykracza po za tą granicę. Śledzę na bieżąco to, co się dzieje w polityce, ale o wielu rzeczach, o których mi mówisz nie miałem zielonego pojęcia? Skąd posiadasz więc takie informacje? Nie sądzę, aby były dostępne w jakimkolwiek sieciowym portalu?
- Wszystko, czego się dowiedziałem, usłyszałem od kogoś, kogo pora bym Ci przedstawił.
Sięgnął do kieszeni i wyciągnął pilota. W pewnej chwili wyświetlił dzięki niemu obok nich holograficzną postać kobiety. Była piękna o kruczoczarnych włosach i śniadej cerze. Jej falująca sylwetka była jeszcze nie aktywna. Znał hola dobrze, kiedyś pracował nad ich tworzeniem i nie miał o nich zbyt dobrego zdania. Były jak wirusy, nigdy do końca nierozpoznane i niebezpieczne. Jednocześnie niezwykle inteligentne, dzięki wsparciu przez superkomputery. Sam kiedyś posiadał taką piękność na własność, która wpędziła go w końcu w kłopoty, których odczuwał skutki do dzisiaj.
-To Doris. Mój przyjaciel…
-Nie mówiłeś, że ktoś jeszcze o tym wie?
-Boisz się? To tylko Holo. Mój jedyny przyjaciel, któremu mogę zaufać.
-Holo…Znam takie, które w zemście na swoim właścicielu doprowadziły do jego śmierci. Wiesz chyba, że posiadanie ich bez zezwolenia jest zakazane? Tym bardziej takie, które żyją poza siecią. Takich pudełeczek, które trzymasz w ręku nie jest wiele. Sam widzę coś podobnego pierwszy raz.
-I co z tego? Wszystko, co może zagrozić władzy jest zakazane. Doris wiele mi już pomogła i dopóki mogę to będę z niej korzystał, legalnie czy też nie. Tylko Hola wiedzą o sieci więcej niż ludzie. Połączenie wiedzy Doris i twojej, może wiele zwojować i jestem pewien, że wspólnie ustalicie, co jest prawdą a co nie. Przy tym ocalicie moje życie i dowiecie się prawdy o IKEN.
-Myślisz, że tam znajdziesz odpowiedzi na wszystkie swoje pytania?
-Iken to moim zdaniem klucz do wszystkiego. Gdy z nią porozmawiasz, sam uznasz, że mam rację. Spowija to wszystko jakaś tajemnica, której nie chce mi wyjawić. To, że jestem tutaj, to częściowo jej zasługa, gdyż to ona kazała mi ciebie odnaleźć.
Zupełnie niczego już nie rozumiał. Czyżby wizyta dziwnego gościa nie była przypadkiem?
-To absurd. Znam sieć jak własną kieszeń i wiedziałbym gdyby istniał cień szansy, że takie miasto istnieje. To wymysł polityków, próbujących ocalić swój stołek.
-W ciągu tych kilku lat, wiele się zmieniło i nie wszystko, co się dzieje jest podawane do publicznej wiadomości.
Po wypalonym papierosie czuł się o wiele lepiej. Prawdę mówiąc nie pamiętał już, kiedy czuł się równie tak dobrze. Tajemnica, którą nieznajomy przed nim nakreślił, coraz bardziej zaczęła go wciągać.
-Dobrze. Pokaż najpierw ten list.
Spodziewał się świetlnej tabliczki z tekstem a tymczasem mężczyzna wyciągnął z kieszeni kartkę papieru, na której napisano niedbałym charakterem.
Pierwsze zdania odnosiły się do informacji o tym, kim jest mężczyzna. Padło także w liście jego nazwisko. Morton Albert? Gdzieś już słyszał o nim, ale nie mógł sobie przypomnieć gdzie. Najbardziej interesująca była ostatnia część listu. Była to właściwie zagadka, którą przed adresatem rozpostarł nieznany nadawca.
„Odpowiedzi szukaj w mieście, którego nie ma. Kluczem do jego drzwi są ulice wypełnione słowami. Idąc nimi znajdź „Szklaną Wieżę”. Na 121 piętrze otrzymasz następną wskazówkę”
-Naprawdę ciekawe. Co było jeszcze w skrytce?
-Ampułka że szczepionką o nazwie „kloncylina 1000” i pilot aktywujący to oto holo. Do końca jednak nie byłem pewny czy to prawda, ale badania, które na sobie przeprowadziłem potwierdziły to, kim naprawdę jestem.
-Chmm…Aktywuj ją…To naprawdę robi się niezwykle ciekawe.






DORIS( fragment Gufiego plus dodanych kilka rzeczy od nexusa rozwijających scenę. )

-Halo Mormon.- Doris rozejrzała się po pokoju Cormana.
- O, widzę, że odnalazłeś doktora Browna, lub jeśli pan woli – skłoniła głowę przed Billem pana Cormana.
- Cześć Doris. Tak odnalazłem Cormana i zgodził się z nami współpracować.
- Hola, hola. Nie rozpędzaj się z własnymi sądami. Dopiero zdołałeś mnie ledwie zainteresować swoją opowieścią, to jeszcze nie świadczy, że w to wejdę.
-Wejdzie pan, wejdzie doktorze Brown, a może powinnam się zwracać tato? – Doris spojrzała na Billa z ironicznym uśmieszkiem. – Przecież wszyscy wiemy, że cholernie potrzebujesz forsy, a Mormon przelał już na twoje konto całkiem okrągłą sumkę. Sprawdź.
- Słuchaj no, nie bądź taka pewna moich decyzji. Zawsze mogę jeszcze zwrócić wam forsę. A poza tym, co ma znaczyć ten głupawy zwrot Tato. – Corman próbował jeszcze udawać nonszalancję, ale już wiedział, że ta historia go wciąga i nie będzie w stanie jej odpuścić, a i bank już z pewnością ściągnął z konta swoją należność.
- Oczywiście, że przelałem na twoje konto te 50 patyków, kiedy tylko zgodziłeś się na moją wizytę w swoim mieszkaniu. Potraktowałem to jako deklarację twojej zgody na pełną współpracę.

Zerknął jednym okiem na ekran komputera i wcisnął kombinację klawiszy. Na ekranie pojawiła się informacja o zasileniu konta. Kolejna kombinacja klawiszy sprawiła że zostało dobrze ukryte.
- Niech was szlag trafi! Faktycznie to, co mówicie jest intrygujące, ale ja naprawdę nie jestem do końca przekonany, czy mam ochotę babrać się tym gównem. Śmierdzi to bardzo niebezpiecznie, a ja lubię spokój, swoją flaszkę z rozbieranym filmem i moje mieszkanie. Wygląda mi na to, że mogą to wszystko bardzo szybko stracić. Aha, no i jeszcze nie wyjaśniłaś mi, co znaczy to głupawe powiedzenie – tato.
- Oj przecież to nie tak trudno się domyśleć, Jestem twoim tworem. No dobrze, może nie w stu procentach. Każde dziecko potrzebuje dwójki rodziców. O, przepraszam Morten, to naprawdę nie była zamierzona złośliwość. Ty, doktorze Brown stworzyłeś całe moje założenia, oprogramowanie, itd., a mamuśka Berenike dała mi tą postać, tak więc ty i ona jesteście moimi rodzicami, prawda? Świetnie zdajesz sobie sprawę, że twoich dzieł nie wykorzystywano do tak głupawych celów, jak na przykład pilnowanie czyichś kont w banku. Żadne z nas, twoich tworów nie miało IQ poniżej 170, byliśmy przeznaczeni do poważniejszych zadań. Prawda? Teraz już chyba zrozumiałeś, czemu znam twoją poprzednią tożsamość, a z resztą zawsze miałam sentyment do swoich rodziców, i to już chyba twoja zasługa. Zawsze lubiłam wiedzieć, co robicie. Aha, może zainteresuje cię fakt, że Berenike też pije, też ma szóstkę i zmienioną tożsamość. Mam jej namiary, to tak na marginesie, gdybyś kiedyś chciał się z nią skontaktować. Kreowała kiedyś całkiem miłe hola i androidy, znałam kilkoro z nich.
Bill wytrzeszczył na nią oczy, jej wiedza nim przekraczała tą, którą miał o sobie samym.
-Czegoś tu nie rozumiem? Czy to znaczy, że mam luki w pamięci?
-Nie słyszałeś nigdy o tym, że takim jak ty robią pranie mózgu? ? Dobrze zadbano już o to, abyś wszystkiego o sobie nie wiedział. Przykro mi ze burzę Twój zrównoważony świat.
Trochę go to zdenerwowało, ale nie pora teraz nad tym by się nad tym zastanawiać.. Popatrzył w oczy Doris i zapytał.
-A ty? Jesteś taka pewna tego kim naprawdę jesteś? Może Tobie też ktoś spreparował przeszłość i to niejednokrotnie? Może byłaś kiedyś jedną z nas? Może masz odpowiednika? Może ktoś schował się w Tobie? Słyszałem wiele o holach i wiem co można z nimi wyczyniać. Sam kilkakrotnie wykonywałem ciekawe zlecenia na waszym oprogramowaniu. Można was ułożyć jak domek z kart i nigdy się nie dowiecie się prawdy.- próbował jej dogryźć, ale czy można to zrobić niematerialnej postaci?
Przez chwilę analizowała to co powiedział.
-Mogę być tak naprawdę wszystkim tym o czym wspomniałeś. Moja wiedza o sobie nie jest pełna i wiem, że kiedyś manipulowano moją osobowością. Ale jestem tylko holo, znam swoje miejsce i niczego w życiu więcej nie pragnę, jak tego by zespolić się z siecią, czego Mormon mi kategorycznie odmawia.
-A widzisz…Pewnie, twój obecny właściciel boi się tego że uciekniesz i nie pomożesz mu w tym po co tutaj jest. Wiem, że stać was na wszystko. Nie oczekuj jednak tego że w sieci znajdziesz spełnienie swojego istnienia. To świat bardziej niebezpieczny niż ten w którym od czasu do czasu się pojawiasz.
-Pozwolisz że sama to ocenię? Tak do końca, wy Ludzie nie znacie nas, nie wiecie co naprawdę stworzyliście. Pomogę wam tyle ile będę mogła i tyle na ile pozwala mój program. I przekażę wam wszystkie informacje na temat Iken, Tormana które posiadam lub zdobędę. Ale jak sam zauważyłeś nic z tego co jest we mnie może nie być prawdą.
-Hola nie kłamią
-Hola nie potrafią odróżnić prawdy od kłamstwa- odparła
Spojrzał na Mormona i pomyślał że tak naprawdę ten klon może być tylko czyjąś zabawką, kimś sterowanym, obserwowanym. Kimś kto kogoś ma doprowadzić do określonego celu. Musiał zachować pełną ostrożność. Tak naprawdę, jeżeli miała rację, że on był jej współtwórcą, wszystko co w niej tkwiło mogło być jego dziełem. Niczego już nie mógł być pewien.
-Może skupmy się teraz na tym jak odnaleźć Tormana?- zapytał Mormon
Doris przeniosła wzrok na dwa wiszące w gabinecie obrazy.
-Znasz ich pochodzenie?- zapytała.
-Nie. Wiem tylko że należały do ojca Justyny, właścicielki tego mieszkania. Gdy się tutaj wprowadzałem, nie chciała ich zabrać. Poprosiła mnie, aby mogły zostać, gdyż są związane z tym miejscem.
-Nie zapytałeś w jaki sposób?
-Czy to ma znaczenie? To tylko obrazy?
Sygnał alarmu w prawym górnym rogu ekranu komputera zauważyli wszyscy jednocześnie.
-Kamera–polecił Bill
Na ekranie pojawił się obraz skrzyżowania odległego o ponad pięć kilometrów od mieszkania, w którym się znajdowali. Właśnie przejeżdżał przez nie kolejny wóz policyjny.
- O kurwa! Jednak cię namierzyli Portal! Wybacz Doris! Wyłączaj ją i za mną.
Mormon zaskoczony nieprzewidzianą sytuacją wyłączył Doris i tylko ze znanych sobie powodów ściągnął ze ściany duże obrazy i stanął z nimi naprzeciwko zaskoczonego Billa. Ten jednak nie miał czasu pytać o cokolwiek. Sytuacja była zbyt poważna i w ciągu kilku sekund podjął decyzję o drodze ucieczki.
- Tędy! – krzyknął , pokazując Mormonowi uchylający się właz w podłodze.
Zbiegali po wąskich schodach nie oglądając się na szybko powracającą na swoje miejsce klapę idealnie zlewającą się z tłem podłogi.
Schody musiały być ukryte gdzieś w ścianie. Były przeraźliwie strome i niewyobrażalni wąskie. Chropowata powierzchnia ściany dotkliwie raniła knykcie palców ręki, w której trzymał zabrany w pośpiechu obraz. Mormon zdawał sobie sprawę, że dawno minęli poziom hali marketu. Musieli być już znacznie poniżej poziomu gruntu, kiedy po lewej stronie pod delikatnym naporem Billa ustąpił kawałek chropowatej ściany ukazując niewielkie pomieszczenie. Gdy drzwi zamknęły się za nimi z delikatnym sykiem pomieszczenie zalało jasne zielonkawe światło. Wokół znajdował się przedziwny niekonwencjonalny sprzęt. Mormon jedynie mógł się domyślać, że większość z tych urządzeń to komputery różnych generacji i pochodzenia.
Corman wskazał mu jeden z obrotowych taboretów.
- Siadaj. Cholera, całe szczęście, że zamontowałem kiedyś ten alarm. Tutaj nas nikt nie znajdzie. Nawet gdyby namierzyli tą klapę w podłodze to polecą schodami do kanałów, a tam, no cóż, może jedynie szczury im powiedzą, że nas tam nie było. Tego pomieszczenia, w którym się znajdujemy nie wykryje żaden skaner. Nawet gdyby jakimś cudem ktoś tutaj trafił to nas i tak już tutaj nie będzie. Pewnie powiesz, że marudzę, ale tak jak się spodziewałem namierzyli naszą rozmowę. Całe szczęście, że udało mi się ukryć w międzyczasie konto, więc chociaż kasa nie przepadnie. Mam nadzieję, że ty też zanim do mnie przyszedłeś zadbałeś o to.. Twoje oficjalne są z pewnością już zablokowane, a jeśli nawet nie to pilnie śledzone.
- Przez te dwa tygodnie, o których ci mówiłem zdążyłem ukryć kilka kont z niezłą gotówką. Spodziewałem się, że kiedy mnie zdelegalizują wszystko będzie mnie kosztowało kilkakrotnie więcej.
- No nie bądź taki rozrzutny. Czemu zaraz kilkakrotnie? Ja już od dłuższego czasu mam 6, więc mało co jest dla mnie dostępne, a jakoś nie narzekam na brak tego co jest mi potrzebne. Mam swoje sposoby. Muszę ci jednak przyznać racje, że delegalizacja to coś o wiele gorszego niż 6. No cóż po tym numerze z tobą to i ja pewnie też już nie dostanę swojego przydziału tabletek żywieniowych i na pewno mnie zdelegalizują. O tabletki się nie przejmuj mam ich zapas na kilka lat. Chyba nie podejrzewasz mnie o to, że żyłem tylko dzięki nim. Szczerze mówiąc, wcale z nich nie korzystałem wolę normalne niezdrowe żarcie. To jakiś kotlecik, to jakiś chlebuś z masełkiem. No nie patrz tak na mnie jestem normalnym człowiekiem, co z tego, że na szóstce. Taaak, więc musimy pomyśleć o ułożeniu sobie życia po delegalizacji. Tu będzie to raczej trudne, a więc otwieramy drzwi i w nogi. Muszę cię zmartwić, jeszcze nigdy nie opuszczała tego pomieszczenia w ten sposób żadna żywa istota. Teoretycznie jest to śmiesznie proste i wysyłałem stąd już przeróżne rzeczy w różne części świata. Chociaż, przypominam sobie, że raz wysłałem takiej jednej dziewczynce malutkiego pieska i dotarł bez problemów.
- Wiem, że masz córkę w Australii. Ma już chyba z piętnaście lat.
- Skończyła dwa miesiące temu. Ech przydałaby się flaszka. Gdzieś tutaj miałem zapas na czarną godzinę.
- Lepiej zapal Revina.
- A wiesz? Masz rację. Zapalę, chociaż z wentylacją w tej dziurze nie najlepiej. Do diabła z tym, za chwilę i tak nas tutaj nie będzie. Tylko po co Ci te cholerne obrazy?
Mormon nie odpowiedział tylko jeszcze mocniej je ścisnął pod ramionami.
- Kurde, będą trochę przeszkadzały, no dobra. Przygotuj się. Jak zobaczysz holo drzwi to bez zastanowienia wal do nich nawet gdyby ci się zdawało, że ja idę gdzieś indziej. Możemy je widzieć w różnych miejscach, ale spotkamy się w tym samym. Uważaj. Zaczynam procedurę otwarcia przejścia.
Mormon zupełnie nie wiedział co się teraz stanie. Najbliższą jego myślą była ta, że otworzą się drzwi i wyjdzie na ruchliwą ulicę Nowego Jorku

Fragment nexusa(mój) czyli kontynuacja ucieczki z domu Billa


To nie było przyjemne uczucie. Nigdy jeszcze nie doznał stanu, który w tak różny sposób był opisywany. Zresztą czy można cokolwiek czuć, gdy twoje ciało rozbijane jest na pojedyncze atomy i przenoszone poprzez przestrzeń i czas?
Ważne, że poczucie niebytu minęło równie szybko jak się pojawiło i na nowo poczuł siebie w całości. Delikatnie spadł z niewielkiej wysokości, co znowu było efektem złego wyskalowania przejścia. Na szczęście był dobrze wysportowany i metr pustki pod nogami nie miał żadnego znaczenia.
-O kurwa!- zawołał Albert gdy upadł obok niego. Skrzywił twarz i zaraz rozmasował obolałą kostkę. Następnie obmacał swoje krocze, sprawdzając czy podczas transferu nie doszło do niezamierzonego ubytku masy. Wszystko było na swoim miejscu a on w lekkim szoku i zdumieniu.
-Chyba wiesz gdzie jesteśmy?
Bill rozejrzał się po pustynnej górze złomowiska i podrapał po głowie. Ostatnio skalował urządzenie na Nowy Jork? To miejsce zupełnie go nie przypominało, chyba że przenieśli się w czasie o jakieś 1000 lat.
-Nie bardzo, ale to chyba mniej ważne, co? Nie wiele brakowało a mielibyśmy gości, których widzieć na pewno nie chcieliśmy.
-Nawet nie wiesz, czy jechali właśnie do Ciebie. Ta nasza ucieczka zupełnie zrujnowała mi plany.
-Byłeś zbyt mało ostrożny i na pewno od dawna pilnie obserwowany. Tylko czekali na to, aż się z kimś skontaktujesz. Moja obecna tożsamość nie jest teraz powszechnie znana, ale założę się, że w kartotece policyjnej figuruje również pod swoim poprzednim nazwiskiem. I to ja zrujnowałem Ci plany? Do chwili pojawienia się Ciebie, wiodłem skromne, ale spokojne życie. I pewnie i tym razem pokonałbym finansowe kłopoty, bez twojej pomocy. A tym bardziej nie tęskniłem to tego typu przygód.
Albert czuł się zdezorientowany. Nie przypuszczał, że będzie musiał uciekać i to w taki niecodzienny sposób. Nie przygotował się należycie, chociażby poprzez dodatkowe zabezpieczenie swoich danych, które posiadał w osobistym komputerze.
-I co teraz? Masz jakiś plan? Przydałby się komputer, ale taki w jednym kawałku- powiedział spoglądając pod swoje nogi, gdzie walały się przestarzałe, wycofane z użytku laptopy.
-Czy nie potrafisz przetrwać bez świadomości obecności dysków twardych i procesorów? Może warto czasami zaistnieć bez całego tego wariactwa wokół siebie?
Morton miał inne zdanie na ten temat. Wyciągnął z kieszeni małe sześcienne pudełko, mając zamiar aktywować Doris, lecz Bill powstrzymał go ruchem ręki.
-Zostaw ją w spokoju. Niech na razie pozostanie w ukryciu. Kto wie kiedy i gdzie może nam się przydać? Teraz i tak w niczym nam nie pomoże.
-Dobrze, dobrze…ale czas nie jest naszym sprzymierzeńcem. Miałem nadzieję, że szybko weźmiesz się do rozwiązywania naszych problemów i znajdziesz ślad, który doprowadzi nas do Tormana, Iken i ratunku dla mnie. Chyba nie zapomniałeś o tym, że umieram? Tymczasem wpakowałeś nas w dodatkowe kłopoty!
-Myślisz, że jestem cudotwórcą? Pieniądze i wiedza to nie wszystko. Potrzebne jest też szczęście.
Bill szybko domyślił się tego w jakim to miejscu się znaleźli.
-Jesteśmy na jednym z wielkich wysypisk elektroniki. Pewnie słyszałeś o nich? To obszary byłych elektrowni atomowych, które przeznaczono na składowiska odpadów z powodów szczątkowej radioaktywności. W najgorszym razie czeka nas kilkunastogodzinna wędrówka i niewielka dawka remów – powiedział i zaczął wchodzić na jedną z wielkich hałd, skąd miał zamiar się rozejrzeć. Jednak w pewnym momencie usłyszał za sobą głos.
-Może to nie będzie konieczne, Bill?
Obaj zamarli w bezruchu. Bill chwycił za spodnie, do których przypięty miał pistolet i powoli odwrócił się. Zobaczył kilka metrów od siebie nieznanego mężczyznę. Zdarta skóra na lewym policzku odkrywała metalową płytkę, co świadczyło o tym, że był androidem. Wysoki, doskonale zbudowany, swoim wyglądem przypominał boksera wagi ciężkiej.
-Znasz mnie?
Albert cofnął się kilka metrów do tyłu i potykając o metalowy pręt upadł.
-To android bojowy!
Bill również to zauważył i nie bardzo wiedział jak ma zareagować. Przybrać pozycję wyczekującą, czy też sięgnąć po broń i strzelać? W tym drugim przypadku był jednak zupełnie bez szans.
-Tak, android bojowy Oskar. Model B do usług. Ale nie bójcie się mnie, nie zrobię wam krzywdy. Musieliście mieć nieliche kłopoty, skoro wybraliście taki sposób transportu? Ale właśnie na to liczyłem Bill, że w końcu się w nie wpakujesz.
-Zaczynam być bardzo popularny. Nawet o tym nie wiedziałem. Moje gratulacje. Nie sądziłem, że ktokolwiek jest w stanie rozgryźć zabezpieczenia mojego serwera. Docelowym miejscem miał być Nowy Jork.
-Domyślasz się więc, że to moja zasługa? Jak widzisz, nawet geniuszom zdarzają się błędy, ale na pocieszenie powiem Ci że nie było to proste. W końcu pozostawało tylko czekać, aż się zjawisz. Szkoda tylko, że tak późno.
-Miło mi, ale nie rozumiem tego nagłego zainteresowania moją osobą?
Oskar spojrzał na Alberta i zapytał.
-Zanim Ci na to odpowiem, powiedz mi kim jest twój przyjaciel? Mój skaner wskazuje na pewne nieścisłości w jego strukturze genetycznej?
-To klon. Chyba nie masz nic przeciwko nim?
Android wzdrygnął się na same słowo klon. Znana była wszystkim niechęć jednych i drugich do siebie, chociaż niejednokrotnie dzielili ze sobą ten sam los.
-Klon…dobierasz sobie dziwnych przyjaciół. Ale niech będzie, skoro jest już tu z Tobą. Mam jednak nadzieje, że masz do niego pełne zaufanie.
Wzruszył ramionami, bo oczywiście tej pewności mieć nie mógł.
Usłyszeli szum nad głową. Bill z niepokojem spojrzał w niebo, ale Oskar uspokoił ich ruchem dłoni. Chwilę potem wylądował obok niewielki wojskowy transporter.
-Zapraszam do naszej kwatery. Myślę, że tam będą lepsze warunki do rozmowy.
Z pewną obawą, ale przyjęli propozycję. Po krótkiej chwili wzbili się w niebo i dopiero wtedy Bill mógł ogarnąć całą tą wielką pustynie elektroniki, która ciągnęła się aż po sam horyzont. Wycofane z użytku samoloty, masa monitorów, robotów przemysłowych i miliardy zużytych elektronicznych gadżetów. Tylko gdzieniegdzie stały opuszczone budynki i przy jednym z parterowych zabudowań wkrótce wylądowali. Trudno było zgadnąć, że wśród śmieci mieścić się może jakikolwiek przejaw życia. Ruchoma platforma przysypana gruzem, zwiozła ich w niedostępne podziemie. Tutaj dopiero zobaczyli, że to miejsce żyje. Setki androidów a może i ludzi w podziemnym, jaskrawo rozświetlonym hangarze, pracowało przy dziwnie wyglądającym urządzeni stojącym pośrodku.
-Szykujecie się do wojny?
-A niby z kim mielibyśmy walczyć? Próbujemy tylko wygodnie się urządzić. Oto całe nasze królestwo. Jedyne miejsce na Ziemi, którego boi się człowiek.
-Promieniowanie?
-Tak. Po likwidacji elektrowni rozpuszczono wieść o tym, że to tereny silnie skażone. Rzeczywistość była inna, gdyż wykrywalne było jedynie niewielkie echo pierwiastków promieniotwórczych, zupełnie nie szkodliwe dla ludzi. Początkowo wykorzystano to dla tajnych badań naukowych, potem ludzie opuścili to miejsce zamieniając je w złomowisko i w końcu trafiły tutaj nasze niedobitki.
Wprowadził ich do zimnego metalowego pokoju. Pomieszczenie było jednak przystosowane do wygód człowieka. Skórzane fotele, kanapy, meble tworzyły przyjemny klimat. Działająca klimatyzacja, świadczyła o tym, że nie tylko androidy są mieszkańcami tego miejsca.
-Rozgośćcie się proszę.
Nalał im wina do kryształowych kieliszków. Bill jednak opierając się pokusie wyciągnął paczkę papierosów i zapalił.
-Czyli sprowadziłeś mnie tutaj w określonym celu? Nie lubię tego typu niespodzianek. Wolę, gdy zwraca się do mnie bezpośrednio.
-To prawda, mamy do ciebie interes. Podobno wiesz, jak dostać się na Marsa, nie korzystając przy tym z kosmolotów?
-Ja? Czy wyście powariowali?! Ostatnio okazuje się, że jestem osobą od wszystkiego i wiem o sprawach, o których tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia! Zbyt wiele ode mnie oczekujecie.
Oskar zbliżył się do obrazów, które stały oparte o stół i z uwagą im się przyjrzał.
-Piękne. Czy mają dla was szczególną wartość?
-Może? Ale wyjaśnijmy najpierw pewne sprawy, dobrze? Podejrzewam, że wasza wiedza opiera się na nie do końca sprawdzonych źródłach. W tej chwili chcemy się tylko stąd wydostać, czy z Twoją pomocą czy bez niej.
-Pomogę wam, ale musicie mi zaufać i również pomóc.
-Chyba w tej sytuacji nie mamy wielkiego wyboru, prawda Albert?
-Dobrze, że się tutaj zgadzamy. I nie oceniajcie mnie tylko pod tym względem kim jestem. A raczej kim byłem. Nie prosiłem o program bojowy i wygląd przypominający Herkulesa. Wolałbym być zwykłym androidem gospodarczym i nie przejmować się losem moich współbraci. Wiecie jaki los teraz wiedziemy? Ci z nas, którzy przetrwali, to teraz w większości niewolnicy. Od kiedy przestano nas potrzebować na Marsie i zdecydowano o naszej likwidacji, nie dzieje się nam dobrze. Czy sądzisz, że los ponad 200 tysięcy androidów, które jeszcze istnieją na świecie należy zbagatelizować? Mars był tym miejscem w którym czuliśmy się dobrze. Tam nigdy człowiek nie będzie miał warunków, które spełnią wszystkie jego oczekiwania. My natomiast czujemy się w środowisku niskiej grawitacji i braku tlenu doskonale i widzimy w tym swoją jedyną szansę na przyszłość. Niestety, nie mamy zbyt wiele atutów po swojej stronie i legalną drogą nigdy nam się to nie uda. Rząd nie wyrazi zgody na to, byśmy mogli się tam osiedlić. Dlatego znaleźliśmy ciebie, kogoś kto wie, lub ma wskazówkę jak tam dotrzeć nie wzbudzając niczyjego zainteresowania.
-Nie wiedziałem, że aż tak wielu was przeżyło akcję kasacji?- zapytał zaciekawiony Albert
-Wielu? Skasowano 4/5 naszej populacji! Oficjalnie nigdy nie podawano wiarygodnych danych na temat naszej liczebności, aby nie wzbudzać niepotrzebnego strachu przed nami.
-Jednak mimo wszystko udało wam się nieźle urządzić. Gratuluję, zawsze uważałem was za bardziej inteligentnych, niż to podawano oficjalnie.
Oskar skinął głową i uśmiechnął się do nich życzliwie.
-Dziękuję za przychylne o nas zdanie. Liczymy teraz na twoją pomoc. Jesteś dobrze znany w naszym środowisku.
-Słyszałem o was wiele różnych rzeczy. Jesteście podzieleni. To nie wróży waszym poczynaniom niczego dobrego. Co rusz władza informuje o planowanych przez was zamachach na prezydenta?
-To prawda. Nawet wśród nas, są spore różnice zdań na temat naszej przyszłości. Ale odkąd pojawiła się szansa na to że może uda nam się tam osiedlić, szukamy tego sposobu dla dobra nas wszystkich. I gwarantuje wam, że jeżeli ktoś z nas go znajdzie, podzieli się z tym z drugą stroną. Wtedy wszelkie różnice między nami znikną. Nie jesteśmy ludźmi i nie będziemy sobie podcinać gałęzi, na której siedzimy.
-Ciekawi mnie źródło tych informacji. Czy znasz kogoś, kto odbył taką podróż lub był jej świadkiem?
-Nie, ale istnieje bardzo dużo przekazów ustnych o tym, że to jest możliwe.
Bill roześmiał się lekko, ale nie kontynuował wyliczania swoich wątpliwości, aby nie drażnić androida. W końcu był to cyborg bojowy przeznaczony do zabijania.
-Słyszałeś może o Tormanie i jego szczepionce przeciwko progerii?
Na dźwięk tego nazwiska uniósł wyżej głowę.
-Słyszałem…To wielki człowiek. Pomógł nam na Marsie, gdy ludzie wykorzystywali nas w okrutny sposób. Należy mu się od nas pomnik. Niestety nie wiemy, gdzie obecnie przebywa, jeżeli o to wam chodzi. Gdy produkcja na Marsie ustała, znikł nam z oczu. Słyszeliśmy o jego pracach nad szczepionką dla klonów, ale z oczywistych względów nas to bliżej nie interesowało.
-Dobrze, więc wymieńmy się informacjami i ustalmy, czy czasami nasze zamiary się ze sobą nie pokrywają? Dla nas w tej chwili najważniejszy jest Torman i jego szczepionka. Albert wynajął mnie, bym pomógł mu w ustaleniu jego miejsca pobytu . I nie ukrywam, że ważnym atrybutem jego słów była zachęta finansowa. Jak widzisz działam w tej chwili z dosyć niskich pobudek i nie zamierzam podejmować w przyszłości zbyt wysokiego ryzyka- powiedział robiąc krótką pauzę.- To początek naszych poszukiwań i nie wiele jeszcze wiemy. Być może jest na Marsie, być może na Ziemi lub na Księżycu. W każdym razie doskonale się ukrył z ważnych dla siebie powodów. Myślę, że może ktoś go ostrzegł o planowanej likwidacji jego osoby. Projekt klonów również uznano za zagrożenie dla ludzkości i władza chce ten problem rozwiązać za jednym zamachem.
Co do sposobu transportu po za Ziemię w inny niż rakieta kosmiczna sposób, jestem sceptycznie nastawiony Ale umysł mam otwarty i nigdy niczego nie odrzucam ostatecznie, choćby było to zupełnie niemożliwe.
-Mam nadzieję, że będziesz miał okazję przekonać się naocznie o tym, że nasza wiedza o tym, co możliwe a co nie możliwe jest bardzo niewystarczająca.
-Nie możecie jednak nic zarzucić badaniom naukowym, które prowadzono przez wiele lat. I udowodniono w nich, że przesyłanie cząstek na odległości kosmiczne nie jest możliwe bez strat własnych. Ubytki materii są przy tym zbyt duże. Wiem, że robiono eksperymenty na zwierzętach i dochodziło do tego, iż na Marsie lub nawet Księżycu pojawiał się pies bez głowy, łapy czy zaledwie jedno oko? Nie wiem, może to tylko oficjalna wersja.
Co do obecnego miejsca pobytu Tormana, dysponujemy jedynie śladem w postaci oto tego tajemniczego listu- powiedział Bill i wręczył Oskarowi kartkę.
-Nie upoważniłem cię Bill do tego, abyś zdradzał wszystkim nasze tajemnice! Niepotrzebnie zwiększasz ryzyko!
-Bądź cicho, bo to ja decyduję o sposobie zdobywania informacji. Twoje życie gówno mnie tak naprawdę obchodzi. Wpakowałeś mnie w nieliche problemy i to ja teraz musze się z tego wykręcić. Ale nie martw się, za pieniądze, które przelałeś na moje konto, dobrze wywiążę się z umowy!
Albert zrobił się czerwony ze złości, lecz nie odezwał się już.
Oskar uważnie przeczytał krótki tekst i nieznacznie się uśmiechnął.
-Tak. Nie wiem czy wiecie, ale jesteśmy mistrzami w rozwiązywaniu wszelkich zagadek. I mimo że androidy bojowe od początku, posiadały jedynie podstawową wiedzę potrzebną do walki, to jednak zdołaliśmy się od chwili swoich narodzin znacznie udoskonalić, dzięki update naszego głównego oprogramowania.
Jeszcze chwilę spoglądał w tekst a potem na chwilę zamknął oczy.
-Szklana Wieża….coś mi to mówi? Czytałem kiedyś książkę o takim tytule.
-Książkę? Myślisz, że chodzi o tytuł?
-Możliwe. Nic innego mi nie przychodzi do głowy.
-Nie sądziłem, że macie tego typu upodobania?- zapytał zdziwiony Albert
-Czytamy i to dużo, gromadzimy księgozbiór, który ludzkość uznała za nie epokowy. To co wy wyrzucacie, my na nowo przywracamy do dawnej świetności. To podobno kaprys jednego z naszych twórców. Czujemy wewnętrzną potrzebę zachowania tego wszystkiego, co ludzie uznają już za niepotrzebne.
Przez chwile znowu wydawało się że gdzieś powędrował poza to miejsce w którym przebywał. Bill domyślił się, że w ten sposób kontaktuje się z innymi. Coraz bardziej Oskar go zaskakiwał. Nie sądził, że androidy są właśnie takie a nie inne, co próbowano ludziom udowodnić.
Po chwili przyszedł do nich młody mężczyzna niosąc w rękach książkę. Oskar wziął ją do ręki i położył na stole.
-Proszę. Oto Szklana Wieża.
Bill chwycił ją w dłonie i otworzył na 121 stronie. Zobaczył na niej tekst napisany pogrubioną czcionką odwołujący się do równości androidów i ludzi Padło też nazwisko. Casandra Lopez. To mu o czymś przypomniało. Lopez….W pewnej chwili uderzył się w czoło, bo już wiedział a nawet znał kogoś o tym nazwisku.
-Wiem! Justyna! Dziewczyna, która jest właścicielką domu w którym mieszkałem nazywa się Lopez. Justyna Lopez!
Oskar na dźwięk nazwiska wyprostował się w swoim fotelu i wybałuszył oczy.
-O! Jaki ten świat jest mały. Albo to przypadek, albo coś świadomie prowadzi was i nas od punktu A do punktu B.. Casandra Lopez jest twórcą najlepszego oprogramowania, które było przeznaczone dla androidów pierwszej klasy. Niestety jego dwie podstawowe wersje, zaginęły lub zostały zniszczone Trzecia wersja, którą jestem obdarzony, ma niestety pewne wady. Jednak to w naszej społeczności bardzo ważna osoba. Niestety i ją los potraktował niezbyt miło, pozbawiając ją życia w kwiecie twórczej eksplozji. Wiemy, że jej pierwszy mąż nazywał się Anderson. Zginął w tajemniczych okolicznościach w wypadku lotniczym. Był niezwykle utalentowanym artystą. Obrazy w jakiś szczególny sposób zaprowadzą nas na pewno na Marsa lub do Tormana. Czy to nie one pochodzą z miejsca w którym mieszkałeś?
-Tak, ale podpisane są inicjałami J.G?
-Mogą być jego autorstwa. To nie przypadek, że coś nas prowadzi w objęcia jego córki.
Dopiero teraz inaczej spojrzał na dziwny krajobraz rozpościerający się na obrazie. Czy mówił coś jeszcze niż to co pokazywał?
-Gdybym to wiedział wcześniej…Justyna wielokrotnie do mnie przychodziła a ja zawszę ją zbywałem brakiem czasu. Nie była zbyt interesująca zewnętrznie, chociaż jak teraz pomyślę, to zawsze starała się zainteresować mną sobą i o czymś mi powiedzieć. Do licha…
-Właśnie…Musimy ją odnaleźć.
-Czyli musimy wrócić?- zapytał bojaźliwie Albert
Oskar ponownie skontaktował się z kimś kogo nie widzieli i po chwili skrzywił twarz w grymasie niezadowolenia.
-Niedobrze. Otrzymałem informację, że Justyna Lopez, została aresztowana w twoim mieszkaniu Bill, przez niejakiego Balurę. Czy to nazwisko coś wam mówi?
Zaklął ze złości i teraz naprawdę nabrał wielkiej ochoty na stojący na stole alkohol. Odruchowo sięgnął po butelkę i przechylił ją do gardła.
-Kurwa! Mam ochotę się upić. Tylko do cholery, co ona robiła w moim mieszkaniu?

Fragment Gufiego opisujący Balurę i jego poszukiwania Billa i klona

Gordon Balura zły wchodził do budynku mieszczącego centralną siedzibę Światowego Urzędu Bezpieczeństwa. Wiedział już, dlaczego go wzywali. Wczoraj Dozór Sieci wykrył połączenie, które zelektryzowało cały Urząd. Jeden z kilku ostatnich aktywnych klonów Funkcjonujący jako Prezes Światowej Korporacji Finansowej nawiązał kontakt z dawno odsuniętym od programu twórcą tożsamości holo. Kiedyś geniusza programistki najwyższych lotów, twórcy najśmielszych rozwiązań, obecnie degenerat, alkoholik, maniak komputerowy z szóstką.
Jakimś cudem, w sposób nie kontrolowany przez Urząd, do Cormana dotarli przedstawiciele Iken, wyjaśniając mu jego pochodzenie nakłaniając do współpracy w ratowaniu, tego, skazanego przez Rząd Światowy na zagładę, pozarzeczywistego miasta klonów, androidów i holo.
Spalił na panewce świetnie przygotowany przez ŚUB plan likwidacji Alberta Mormona, zanim ten zorientuje się, po objawach szybko postępującej choroby, że jest klonem. Likwidacji umożliwiającej przejęcie przez ŚUB sukcesji po Mormonie. Najgorszy w tym wszystkim był fakt, że zdążył on już skontaktować się z Cormanem i obaj dosłownie zniknęli, zanim ludzie Urzędu dotarli do mieszkania, gdzie ponoć przebywał.
Próby skanowania czasu wstecznego nie dały rezultatu. Corman, pomimo iż stał się alkoholikiem pozostał niezłym cwaniakiem. Całe jego mieszkanie było dokładnie zabezpieczone przed powstaniem zapisu czasoprzestrzennego. Najdokładniejszy skaner, jakim dysponował Urząd nie wykrył niczego, co wydarzyło się w tym pomieszczeniu od czasu wprowadzenia się do niego Cormana. Słabe echo minionych wydarzeń pojawiło się dopiero w okresie, gdy w tym pomieszczeniu była biblioteka.
Corman nie tylko zamontował urządzenie likwidujące obraz wydarzeń, lecz działające również wstecz zamazując i zniekształcając obraz przeszłości. Balure nie zdawał sobie dotychczas sprawy z tego, że istnieją takie urządzenia. Gdzieś w podświadomości podejrzewał, że skoro Urząd dysponuje skanerem przeszłości prawdopodobne jest pojawienie się urządzenia zakłócającego jego pracę. Nie podejrzewał jednak, że takie urządzenie może być w posiadaniu Cormana. Jak się okazało cały budynek był objęty polem anomalii czasowo-przestrzennej, natomiast samego, generującego ją urządzenia nie udało się zlokalizować.
Balura znany w Urzędzie jako bardzo dociekliwy i konsekwentny w swych działaniach agent był właściwie jedynym człowiekiem, któremu Urząd mógł powierzyć ściganie Cormana i Gilla. W pierwszym przypadku ex geniusza komputerowego a w drugim bieżącego potentata finansowo bankowego, jednego z prezesów Banku Światowego.
Właściwie w każdej innej sytuacji Balura pojechałby bezpośrednio do mieszkania Cormana, jednak w tym przypadku postanowił najpierw przejrzeć materiały będące w posiadaniu urzędu na temat obu poszukiwanych. W archiwum, miał nadzieję, znaleźć pełną dokumentację Mormona. Powinny tam być rysy charakterologiczne jego oryginału, mapa genomu oraz zmian do niego wprowadzonych wraz z charakterystyką spodziewanych zachowań, talentów i skaz, jakie powinny, lub mogą z tych zmian wyniknąć. Następne materiały powinny dotyczyć wczesno-dziecięcego rozwoju klona. Powinien tam znaleźć sprawozdania sporządzane regularnie przez „prowadzącego laboranta”, aż do osiągnięcia przez osobnika wieku dorosłego. Takie materiały przekazywane były rutynowo przez wszystkie ośrodki wytwarzające klony, do Światowego Urzędu Bezpieczeństwa.
Balura miał nadzieję, że przeanalizowanie tych materiałów pozwoli mu przewidzieć sposób postępowania klona.
O wiele mniej materiałów spodziewał się zaleźć na temat Cormana. Wprawdzie Doktor Brown, bo tak brzmiało jego prawdziwe nazwisko w poprzedniej tożsamości, jako wybitny specjalista miał teczkę, starannie wypełnianą różnymi wiadomościami i charakterystykami, jednak jako oryginalny człowiek był bardziej nieprzewidywalny, czego Balura już zdążył doświadczyć w tam pierwszym starciu. Miał nadzieję znaleźć akta prowokacyjnej akcji Urzędu, która doprowadziła do skompromitowania Dr.Browna, a w efekcie do odsunięcia go od prac nad programem „HOLO”. Akcję tą znał jedynie ze słyszenia jako incydent pana G.
Balura był zły bo wezwanie do pracy nad tą sprawą przyszło w najmniej oczekiwanym momencie. Właśnie zarezerwował bilet na przelot do jednej z okołoziemskich stacji, gdzie miał zamiar spędzić tydzień zasłużonego i długo planowanego urlopu. Tydzień z dala od spraw Urzędu i codziennych obowiązków. Stacja „Alloha”, gdzie się wybierał słynęła ze świetnie prowadzonej działalności rozrywkowej, a dla samotnego mężczyzny w wieku Balury oferowała szereg nie konwencjonalnych rozrywek. Na ten urlop czekał już dwa lata i wreszcie, gdy go dostał i miał zamiar precyzyjnie skonsumować tych dwóch palantów krzyżowało mu całe plany.
Kartą klucza magnetycznego otworzył kolejne drzwi. Szybkobieżna winda zwiozła go kilkanaście pięter w dół. Błyskawicznie przeprowadzona procedura identyfikacji na podstawie tęczówki oka i skan kodu genetycznego pozwoliły mu wejść do pomieszczeń mieszczących najtajniejsze akta ŚUB. Wprowadził dane Alberta Mormona do komputera katalogowego. Ekran wyświetlił numer sygnatury akt oraz kolor ścieżki, jaka w dniu dzisiejszym do nich prowadziła. Balura bez problemu odnalazł na półce segregator z napisem MORMON ALBERT, pod spodem drobniejsza czcionką napisano „klon”. Uwolnił go z zabezpieczenia na czytniku linii papilarnych i energicznym ruchem wyciągnął z pomiędzy pozostałych. Wydał mu się wyjątkowo lekki. Nerwowo odrzucił okładkę. Wewnątrz poza jedną tytułową stroną zawierającą nazwisko i sygnaturę nie było nic. Wszystkie plastikowe kieszenie mieszczące kiedyś całe dossier były puste. W pierwszym niekontrolowanym odruchu zajrzał w głąb półki, porównał nazwiska na sąsiednich segregatorach, wyjął właściwy. Wsunął rękę w puste miejsce próbując znaleźć to, czego naprawdę nie było, a co powinno tu być. Jakim cudem te dokumenty mogły zniknąć z tak pilnowanego miejsca. Nie mogło się tak stać, żeby zniknęły bez śladu. Odłożył segregator na swoje miejsce. Wrócił do komputera. Wprowadził kod otwierający mu dostęp do historii dokumentacji. Nikt nie ruszał tych akt od lat, nikt nie odblokowywał zabezpieczeń, przynajmniej nie było ani śladu po takich działaniach. Coraz bardziej wściekły wprowadził dane Cormana, sprawdził czy przy tym nazwisku ktoś nie grzebał. Wszystko było w najlepszym porządku. Sygnatura i kolor ścieżki wskazały właściwe położenie segregatora. Poszedł tam. Po odblokowaniu zabezpieczeń wyciągnął akta. Jeszcze zanim otworzył okładkę wiedział co znajdzie w środku i ten segregator był śmiesznie lekki. Był tak jak i poprzedni całkowicie pusty.
- Polecą głowy. Oj polecą. – zamruczał pod nosem.
Ktoś świetnie przygotował tą akcję. Nawet tutaj, na terenie, gdzie wstęp miało tylko nieliczne grono najbardziej zaufanych osób, a jeszcze mniej mogło cokolwiek z tego miejsca wynieść, nie było najmniejszych śladów czyjejkolwiek działalności. Stał targany bezsilną złością z pustym segregatorem w ręce.
- Znajdę cię, do jasnej cholery. Przysięgam, że znajdę, Choćbym miał poświęcić na to jeszcze kilka tygodni mojego urlopu.
Mimo złości zmusił się do metodycznego myślenia. Akcja musiała być przygotowywana już od dawna. Ktoś potrafił przewidzieć, że kiedyś będzie potrzebował tych obu ludzi. Tak genialny programista jak Corman mógł być potrzebny każdemu, a już zapewne ludziom zajmującym się tworzeniem rzeczywistości opartej na klonach, androidach i holo. Ta sama grupa potrzebowała na pewno olbrzymich tajnych środków, a to z kolei mógł zapewnić człowiek mający wgląd w systemy bankowe Świata i zawiadujący nimi. Szczególnie jeśli na dodatek był tylko klonem, a na dodatek umiał niepostrzeżenie sfinansować niejedno bardzo kosztowne przedsięwzięcie. Pieniądze. Właśnie pieniądze mogły stanowić jakiś ślad. Teraz pierwszy krok to sprawdzić, czy wraz obu poszukiwanymi nie zniknęły też przypadkiem znaczne kwoty pieniędzy
Już wychodził z archiwum, gdy przez myśl z szybkością błyskawicy przemknęło mu nazwisko. Początkowo nic nie znaczące, eksplodowało z pokładów podświadomości jak błysk flesza. Jeszcze nie kojarzył go z tą sprawą. Było jak lampa rozbłyskująca gdzieś na obrzeżach głównych myśli, lecz nie dawało mu spokoju. Wiedział, że musi być jakoś powiązane z tym wszystkim. Tak. Z wolna zaczynał rozumieć powiązania.
Ta historia zaczynała się układać Balurze w logiczną całość. Gdy szukał w myśli faktów, które pasowałyby do tej układanki w jego umyśle otwierały się kolejne furtki, tworzyły nowe ciągi myślowe. Nabierał pewności, że jest na właściwej ścieżce. Ten człowiek, o którym myślał mógł mieć do tego dostęp, chociaż nawet wówczas powinien pozostawić po sobie jakiś ślad. Sanders, człowiek o psychice z poprzedniej epoki. Wiedział, że w czasach, kiedy Sanders kierował projektem KAH, zwanym tak w skrócie od pierwszych liter Klony Androidy Hola, współpracownicy mieli go za dewianta. Nie istniały dla niego żadne świętości, a do osiągnięcia swych celów nie wahał się nawet przed zabójstwami. Balura dałby wiele, żeby dowiedzieć się gdzie jest i co robi w tej chwili ten człowiek.
Po wyjściu windy prawie biegiem popędził do swego biura.
- Przygotuj mi wykaz wszystkich większych operacji bankowych wykonanych w ciągu ostatnich dwóch tygodni, a akceptowanych osobiście przez jednego z członków zarządu banku światowego, Alberta Mormona. Możliwie najszybciej jak potrafisz - Rzucił w przelocie swojej sekretarce.
- Musimy dogonić czas. –Dodał w myślach.

Fragment Gufiego . Dalszy ciąg poszukiwania Billa i klona. Wizyta w jego mieszkaniu

Balura siedział w swym biurze tępo wpatrując się w szarą ścianę na wprost biurka, a w jego głowie nazwiska, fakty i przypuszczenia kotłowały się i mieszały tworząc coraz to inne teorie.
Corman, Mormon, mieszkanie Justyny Lopez i Sanders gdzieś w tle. Przypominał znane sobie fakty. Justyna Lopez, córka Casandry Lopez i sławnego w swym czasie malarza Andersona. Czy miał jakiś pseudonim twórczy, albo czy to w ogóle było jego prawdziwe nazwisko? Będę musiał to sprawdzić. Anderson zginął, zdaje się w katastrofie lotniczej, w czasie, kiedy Casandra Lopez pracowała nad oprogramowaniem dla androidów w zespole Sandersa.
- Tak, porozmawiajmy, więc z panną Lopez. Wymruczał pod nosem wprowadzając dane poszukiwanej do komputera i wysłał nakaz doprowadzenia do rejonowej jednostki służb terenowych.
- Ja w między czasie obejrzę sobie mieszkanie pana Cormana.
Był już w drzwiach, gdy stojący na biurku komputer zapiszczał, informując, że nadeszła poczta o najwyższym priorytecie. Jego nakaz doprowadzenia na przesłuchanie okazał się niewykonalny. Panna Lopez wyjechała przed kilkoma dniami w niewiadomym kierunku.
-Cholera, szkoda, z naszej rozmowy nici. Trzeba będzie ją odszukać. –Pomyślał.
Wchodząc do mieszkania Cormana zauważył coś, czego nie znalazł w raportach jednostki operacyjnej. Na ścianie raziły dwie plamy jaśniejszego tynku. Z tych miejsc, wyraźnie dopiero, co zdjęto coś, co długo je zasłaniało. Najprawdopodobniej musiały tutaj wisieć jakieś obrazy, zdjęcia lub plakaty. Czy to tylko zbieg okoliczności, że znikły w tym samym czasie, co Corman?
Kilkakrotnie obszedł całe pomieszczenie zaglądając w najmniejsze zakamarki. Wszędzie zauważał ślady pracy ekipy operacyjnej. – Faktycznie, przeszukali bardzo precyzyjnie to mieszkanie – pomyślał, ale o obrazach nic nie wspomnieli w raporcie. Tak, szkoda, że nie uda mi się porozmawiać z panną Lopez.
Usiadł w jednym ze stojących na środku pomieszczenia foteli i zagłębił się w rozmyślaniach.
Z zamyślenia wyrwał go grzechot otwieranego zamka. Sięgając po broń, z szybkością, o jaką, nikt patrzący na jego posturę, z pewnością, by go nie podejrzewał, zwinnymi kocimi, bezszelestnymi ruchami skrył się za otwierającymi się drzwiami.
Zdziwienie młodej kobiety, gdy stanęła na wprost wymierzonej w swą twarz lufy paralizatora było autentyczne.
-Proszę zamknąć drzwi. – Balura. Agent specjalny Światowego Urzędu Bezpieczeństwa. – Przedstawił się. – Z kim mam przyjemność?
-Justyna Lopez. Właścicielka mieszkania. Proszę opuścić broń. Strasznie mnie pan przestraszył.
-Miło mi. – Opuścił lufę paralizatora. Często odwiedza pani pana Cormana?
-Raczej moje mieszkanie. Z panem Cormanem, nic poza umową dzierżawy, oczywiście zgłoszoną, zarejestrowaną i opłaconą, co może pan sprawdzić, nic mnie nie łączyło. Pan Corman, jak mi wiadomo często nadużywał alkoholu, a w mieszkaniu pozostały rodzinne pamiątki, więc od czasu do czasu zaglądam, aby zobaczyć czy wszystko w porządku. Zawiadomiono mnie przed godziną, że była tutaj policja, dlatego chciałam zobaczyć co się dzieje-wyjaśniła
-Proszę się, więc rozejrzeć i sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu, panno Lopez.
Kobieta obejrzała wszystkie ściany pokoju, jak gdyby tylko to ją interesowało.
- Brakuje dwóch obrazów stanowiących moją własność. Jeden z nich przedstawiał moją matkę, Casandrę Lopez w bardzo wczesnej młodości, kiedy to, nie była jeszcze żoną mojego ojca, znanego malarza Andersona. Drugi, również jego pędzla, ostatni, jaki namalował przed swą tragiczną śmiercią. Przedstawiał jakiś fantasmagoryjny pejzaż. Pana Cormana musiało nieźle przycisnąć skoro zdecydował się na ich sprzedaż lub jego kradzież. Świetnie wiedział, że nigdy bym na to nie pozwoliła. Wolałabym żeby przestał przez jakiś czas płacić czynsz, ale nigdy nie zgodziłabym się na coś takiego. To po prostu niedopuszczalne. Będę zmuszona zgłosić ten fakt organom ścigania.
- Jeśli nie ma pani nic przeciw temu, zapraszam do mojego biura. Chciałbym z panią oficjalnie porozmawiać. Korzystając z okazji, może pani tam również, dokonać zgłoszenia kradzieży.
- Oficjalnie? Czyżby miał pan zamiar, z jakiegoś powodu, mnie aresztować?
- Ależ skąd w tej chwili to tylko wyłącznie prośba. Mój samochód czeka jedną przecznicę stąd. Pozwoli Pani, że zaproponuję jej moje towarzystwo? – Pomimo uprzejmości w tonie Balury wyczuwało się groźbę.
- A, gdybym odmówiła?
- Musiałbym wydać polecenie doprowadzenia pani na przesłuchanie.
- Więc jednak to przymus.
-Jeśli potraktuje pani moją propozycję, jako uprzejmość umożliwiającą złożenie doniesienia o kradzieży pani obrazów, sytuacja stanie się, mało tragicznym wydarzeniem, a mnie ułatwi bardzo zadanie.
- Obawiam się, że nie mam innego wyboru, jak skorzystanie z pańskiego samochodu.
- Niestety, nie.

Fragment ionee. Dotyczący kolejnej postaci- Sanders nieobliczalny sługa prezydenta…

Sanders coraz szerzej otwierał oczy wpatrując się w ekran monitora.
- Cholera! Co to jest?!
Kolumny cyfr mknęły w zawrotnym tempie, zlewając się w ciąg migających punktów nie dających szans na ich odczytanie, lub, chociaż pobieżne zorientowanie się, czego dotyczy oglądany obraz.
- To chyba niemożliwe, żeby ten pijaczyna dopracował teleportację, a już na pewno nieprawdopodobne, żeby z niej skorzystał. Niemniej jednak ta szybkość przekazu chyba to właśnie sugeruje. Profesorze Perc, co pan o tym myśli? – Zwrócił się do siedzącego obok szczupłego i drobnego człowieka o ziemistej niezdrowej cerze, człowieka, którego ciało od lat nie widziało słonecznego światła.
- Cóż, panie Sanders, wygląda na to, że urządzenie, które monitorujemy przeprowadza właśnie teleportację. Wprawdzie nigdy jeszcze nie obserwowałem tego procesu w takim zakresie, ale doświadczenia prowadzone na zwierzętach i martwych przedmiotach dawały bardzo podobny obraz. W tym przypadku mamy najprawdopodobniej do czynienia z teleportacją człowieka, a może nawet kilku osób, lub też bardzo dużego przedmiotu. Muszę powiedzieć, że to wielki sukces, iż udało nam się monitorować ten proces w zakresie fal psychotronicznych i chociaż nie znamy ani położenia tego urządzenia, ani też nie wiemy gdzie teleportuje obiekt, to jest to pierwsza obserwacja poczyniona w zakresie fal psychotronicznych na taką skalę, to naprawdę niesamowity sukces, panie Sanders.
- No i co mi to daje, że wam się coś udało pierwszy raz, skoro nie potraficie mi powiedzieć ani gdzie to jest, ani co przesyła, ani gdzie przesyła. – Sanders walił pięściami obu rąk w biurko krzycząc ponad głową Perca. – Jesteście całe wieki za tym pierdolonym alkoholikiem. Za co wam płacimy, wy cholerne matoły.
Lewa ręka Sandersa wylądowała na twarzy Perca posyłając go z krwawiącym nosem na ziemię.
- Niech się jeszcze okaże, że ten skurwiel Balura wie coś więcej niż ja, to was wszystkich pozabijam jak pluskwy, wy cholerne jajogłowe matoły. Sanders kopnął, próbującego się podnieść, Perca.
- Pozabijam! – Powtórzył kierując się do wyjścia.
- Staramy się nadążyć za panem Cormanem, ale to geniusz, nie naukowiec. Panie Sanders. Głos Perca był cichy i stłumiony.
- Szukać,! Szukać! Ryczał Sanders wychodząc z pomieszczenia. – Chcę mieć jakieś wyniki waszej pracy. Konkretne, a nie w stylu, coś wiemy, ale nie wiemy, co wiemy. Drzwi zatrzasnęły się z łoskotem za rozwścieczonym Sandersem.
Balura z pewnością zorientował się już, że usunąłem z archiwum ŚUB, wszelkie materiały dotyczące tych dupków. Pomyślał skręcając w korytarz prowadzący do jego biura. Jego ludzie, już z przegrzebali mieszkanie Cormana. Nie dosyć, że różne cholerne, człekopodobne stwory w jakiś niewyjaśniony sposób egzystują nie wiadomo gdzie i jak, a my nie potrafimy tego kontrolować, to teraz jeszcze okazuje się, że facet, który dawno powinien utonąć w gorzale, nagle, jakby nigdy nic odkrywa swój sposób na teleportację. Można od tego oszaleć. Myślał gorączkowo. Z czym, do cholery, mam iść do prezydenta, jeśli moi niby naukowcy nie potrafią mi powiedzieć, kto, kiedy, gdzie i w jaki sposób się teleportuje. Pierdolony obłęd.
Perc wycierał krew spływającą cienką stróżką na wargi z rozbitego nosa, wolno podnosząc się z podłogi. -Szalony człowiek – pomyślał - nie potrafi zrozumieć jak wielkim sukcesem jest fakt monitorowania na falach psychotonicznych tak skomplikowanego procesu. Kompletny ignorant.

takwieluw : :

Archiwum

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
2930311234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930311

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

angel-1 | women-poet | daria-2 | skryte-mysli | wyleczeni | Mailing